Żyję. Wyszłam za mąż. Pojechałam w podróż poślubną. Wróciłam. Znów się roztyłam. Teraz zajmuje się intensywnym odchudzaniem bo za 3,5 tyg. jest wieczór panieński mojej kumpeli i spotkam całe mnóstwo znajomych (którzy nie przyszli z różnych powodów na mój ślub) i nie chcę znów zaprezentować się jako pasztet. A Ci znajomi którzy widzieli mnie na ślubie nie będą mogli uwierzyć że można tak szybko się roztyć.
Cała ja. Żałosne.
W zeszłą niedziele na wadze było 79 kg.
Przestałam żreć dopiero w sobotę. Od soboty nie jem węgli i codziennie pływam min. 60 min. Na wadze 68 z hakiem.
Mam urwanie głowy i czuję się jak chodzące centrum dowodzenia... mowa oczywiście o weselnych przygotowaniach... notuję, analizuję, dzwonię, pytam, ponaglam, planuję, szukam, zastanawiam się, liczę, notuję, analizuję, dzwonię, pytam, ponaglam, planuję, zastanawiam się, liczę, notuję...
W piątek idę przymierzyć MOJĄ suknię. Już na mnie czeka. A moje dupsko się zaokrągliło. Brawo!
Wybaczcie milczenie, ale nie ma czasu teczki załadować.
Jednak przegrałam. Cukier znów krąży w mojej krwi. Swoim lepkim głosem szepcze mi do ucha "Mało! Mało! Mało! Jeszcze! Jeszcze! Jeszcze!"
skomentuj (8)
Lepiej, lepiej. Dziś było duuuże śniadanko: 3 naleśniki otrębowe z serkiem wiejskim na słodko. W pracy 3 serki wiejskie i jeszcze jeden wieśniak w domu około godz. 18.30. Pycha, lubię serki wiejskie. Po pracy zakupy, wieczorem ponad godzina zajęć tanecznych. W domu też trochę roboty. Więc jest energicznie i dietetycznie.
Wróciłam do smarowania dupska balsamami, ale co z tego. Potrzeba systematyczności... s y s t e m a t y c z n o ś c i ! ! !
Jutro w pracy "jajeczko" ... Powinnam ciągnąć białko, ale trudno... Jutro będzie białko plus warzywa. Po pracy będzie basen.
No i wróciłam do a6w !
Nie mogę się już złamać aż do połowy kwietnia- wtedy będą dopasowywali do mnie suknię ślubną. Potem będę musiała trzymać wagę do 8 maja. Potem 2 tygodnie w Egipcie i ... dalej się zobaczy, ale już NIE PRZYTYJĘ !!!
Już lepiej. Nie jest idealnie, ale lepiej! Pierwsze koty za płoty!
Dziś zjadłam 4 serki wiejskie lekkie... tak w ramach przegłodzenia się, żeby wreszcie poczuć się pusta i lekka... poza tym jestem spłukana i wogóle nie chciało mi się szykować żadnego papu... zdecydowałam więc na przeprosiny z Dukanem zafunduję sobie dzień z serkami wiejskimi... Jadłam jeden serek co 3 godziny i głodna nie byłam.
Po pracy marsz na basen, 1 godz. pływania, marsz do domu. Szybkie zakupy.
W domu wszamałam kawałek kiełbaski. Tu się złamałam pierwszy raz. Potem zrobiłam Mojemu M. kanapki do pracy, a sobie sobie na jutrzejsze śniadanie postanowiłam usmażyć naleśniki z jajka, zmielonych otrąb, wody mineralnej gazowanej i słodzika. No i się złamałam drugi raz. No bo naleśniki mi się rozwalały i to co mi się rozwaliło to ja wpierdzieliłam. Wprawdzie to były tylko 3 małe naleśniki- zdrowe, bez mąki i tłuszczu... Ale jednak zła jestem na siebie. Cóż... trudno... Jutro walczę dalej i już się nie złamię wieczorem! Pierwsze koty za płoty!
Eeee... Piątek, sobota i niedziela znów wpierdalankowe. Eeee...
Do świąt zostało 6 dni.
Matka kupiła mi 3 tygodnie temu nowe spodnie (2 pary). Ważyłam wtedy 67 kg i spodnie były minimalnie za małe. Mama zaproponowała że mi je wymieni na większe, ale ja się nie zgodziłam i schowałam spodnie do szafy mówiąc że do świąt będą dobre. Mama próbowała mnie namawiać żeby je wymienić, ale ja się uparłam. I co ? Oczywiście teraz już kompletnie się w nie nie mieszczę. Dupa, dupa, dupa...
Poszłam dziś na basen z moim bratem. 45 min pływania. Oby zaczęło to dobre dni (chude). Oby!
Dziś jeszcze trochę pożarłam, ale już odzyskuję kontrolę nad swoim życiem. Godzina pływania wieczorem. W lodówce 4 serki wiejskie "lekkie" i zaczynam 9 dni z białkiem. Wyjdę na prostą!
skomentuj (5)
W poprzednim życiu byłam wygłodzoną lochą na sawannie :) I w następnym wcieleniu też nią będę za karę :)
Wpierdalam jak dzika świnia, normalnie konkurs sobie robię pt. "Ile da się wpierdolić żarcia zanim się pęknie?". Ale od jutra się za siebie wezmę.
Dostałam w pracy awans na wyższe stanowisko i malutką podwyżkę :) Nic mnie jednak nie cieszy bo jestem w ciągu. Ale już się podnoszę z tego upadku, dam radę !
Jeden dzień dietetyczny, jeden dzień wpierdalankowy. Na wadze 67 z hakiem.
W poprzednim wcieleniu musiałam doznać solidnego głodu bo teraz nie potrafię jeść normalnie.
Dziś jednak nie było dietetycznie. Paczki ciastek i dużego zestawu z McDonaldsa nie można nazwać dietetycznymi.
W drodze zepsuł nam się samochód. Wyciekł płyn hamulcowy i nie działały nam zupełnie hamulce. Okazało się że coś było źle założone. Nerwy. Byliśmy umówieni z wujostwem Mojego M. i w związku z tą awarią samochodu najpierw odwołaliśmy wizytę, potem jednak, gdy okazało się, że naprawa poszła sprawnie, zadzwoniliśmy jeszcze raz i powiedzieliśmy że wpadniemy na chwilę. Chcieliśmy zaprosić ich na ślub i wesele. Powiedzieli nam, że są za starzy i nie wiedzą czy dadzą radę przyjść, ale wręczyli nam już kopertę. Jaki wstyd. Wyszło tak, jakbyśmy przyjechali specjalnie po kopertę. Nerwy.
Jak się denerwuję to od razu mam ochotę jeść. Wydawało mi się że nauczyłam się nad tym panować. Jednak nie.
Od poniedziałku do środy byłam na szkoleniu. Szkolenie fajne, dużo mi dało. Niestety, antypatia między mną i dzierlatkami z mojego zespołu uwidoczniła się jeszcze bardziej. Ja unikałam wspólnych posiłków z nimi, one unikały mnie. Żadna ze stron nie płacze z powodu oziębienia relacji. Mi jest jednak głupio bo sytuacja jest niezręczna.Nie mam jednak zamiaru jej naprawiać, bo mi na tym zupełnie nie zależy. Denerwuję się jednak, zarówno tą sytuacją jak i weselem. I z nerwów mam ochotę jeść. A wydawało mi się, że już nad tym panuję. Poniedziałek był grzeczny i dietetyczny ale wieczorem gdy wróciłam do domu Mój M. leżał w łóżku, oglądał Dr House i szamał słodkości. Byłam wymęczona psychicznie i fizycznie i ... jak łatwo się domyślić- dołączyłam do niego. Wtorek i środa potoczyły się same- obżarstwo! I jedna głupia myśl:"Już dziś spieprzyłam, zacznę od jutra". W czwartek się opanowałam i chciałam się trochę przegłodzić, ale wieczorem nie wytrzymałam i trochę zjadłam. Stanowczo za dużo jak na wieczór, ale ogólnie jeszcze do zniesienia. Piątek był bardzo dietetyczny. Od soboty jesteśmy w domu Mojego M. i zapraszamy jego gości na nasze wesele. W jednym z domów nie dałam rady wykręcić się od karpatki, ale pozostała część dnia- mocno dietetyczna. Poza tym ciągle byliśmy w ruchu- zapraszanie gości, spotkanie z dekoratorką, zamawianie kwiatów w kwiaciarni, sprawdzenie cen wódki w hurtowniach itp. Dziś- dietetycznie (jak na razie). W poniedziałek się zważę i zobaczymy co z tego wyjdzie. Od poniedziałku ostry reżim dietetyczny bo lada moment będziemy zamawiać suknię ślubną. Mam nadzieję, że wszystko będzie OK.
Od poniedziałku wpierdalam jak dzika locha. Muszę się otrząsnąć.
skomentuj (6)
Dziś mój blog ma pierwsze urodzinki :) Dokładnie rok temu naskrobałam pierwszą notkę i tak jakoś poleciało. To jest mój pierwszy blog i istnieje już cały rok!
W tym czasie:
1) schudłam ponad 26 kg (dziś na liczniku 66,3 kg)
Odchudzanie nie było takie jak bym chciała. Zaczynając ważyłam 92,5 kg. Najpierw od 28 lutego do połowy kwietnia schudłam około 10 kg i potem stanęłam. Powód- osiadłam na laurach. Waga się nie zmieniała (nie licząc drobnych skoków i spadków) aż do połowy listopada kiedy zaczęłam dietę Dukana i waga runęła w dół ponad 15 kg. Razem- 26,5 kg. Mogę być z siebie dumna bo wykonałam kawał dobrej roboty. Żałuję jednak, że nie chudłam stopniowo tylko tak gwałtownie. No i muszę Wam się przyznać, że chyba potrzebuję czasu żeby przyzwyczaić się do myśli, że nie jestem już gruba. Widzę w lustrze, że mam już normalną figurę, ale wciąż myślę o sobie "gruba", w sklepach wciąż odruchowo sięgam najpierw po największe ubrania i wciąż mi się wydaje że muszę jeszcze dużo schudnąć. Tymczasem prawda jest taka, że nigdy w dorosłym życiu nie byłam tak chuda jak teraz. Nie mam się w co ubierać bo wszystkie spodnie i wszystkie spódniczki spadają mi z tyłka. A mi się wciąż wydaje, że muszę schudnąć jeszcze 10kg.
O ile niektóre następne punkty, które zaraz wymienię nie mają związku z blogiem to mój odchudzaniowy sukces jest zasługą tego bloga! Dzięki mój blogu. I dzięki Wam wszystkim!
1a) poznałam nowe internetowe koleżanki, z którymi mam nadzieję spotkamy się na jakimś zjeździe ?
2) poszłam do nowej pracy i po 9,5 miesiącach podpisałam umowę na czas nieokreślony i dostałam podwyżkę
Jeśli chodzi o pracę, to wiecie jak jest- bardzo lubię to co robię i wiążę z tym swoją przyszłość zawodową, ale nie mam zupełnie pomysłu co zrobić z relacjami z moimi koleżankami z zespołu. Nie chcę się z nimi przyjaźnić, ale nie chcę też takiego głupiego układu jaki wytworzył się teraz. Ahhh...
3) ZARĘCZYŁAM SIĘ! TERAZ W TEMPIE EKSPRESOWYM, NIE BEZ PRZESZKÓD, ORGANIZUJĘ SWÓJ ŚLUB I WESELE
Mój M. wygęgał się w końcu i dopełnił formalności. Dostałam wymarzoną "śrubkę". Mam jednak mini niesmak, bo nie tak to wszystko miało wyglądać. Kiedyś marzyłam o niespodziance i zaskoczeniu, a wyszło jak wyszło. Jak mogłam być zaskoczona skoro najpierw zaczęły się przygotowania do ślubu i wesela, a potem dopiero poprosił mnie o rękę? Prawda jest jadnak taka, że zaręczyny, ślub i wesele to tylko 2 dni w życiu, a tak naprawdę liczy się cała reszta. Wiem, że Mój M. jest pracowity, zaradny, mądry, uczciwy, wierny i wyrozumiały i to jest dla mnie najważniejsze. Wiem, że nie bierzemy ślubu z przyzwyczajenia, ani dlatego że już najwyższy czas, ani dla pokazówki. Bierzemy ślub z miłości i dlatego że chcemy dzielić razem życie.
Czyli rok był naprawdę udany, ale z błędów należy wyciągać wnioski! Wszystkiego najlepszego mój blogu!
Wróciłam z wyjazdu. Załatwiłam to co miałam załatwić, spotkałam się z przyjaciółmi i wróciłam. Było fajnie, ale dobrze być już w domku.
Odebrałam (wreszcie!) swój dyplom z uczelni. Na szczęście mój uniwerek nie oddał go jeszcze na makulaturę i na szczęście okazało się że przy odbiorze tego dyplomu niczego oprócz obiegówki i dowodu wpłaty 50 zł na konto uczelni ode mnie nie chcieli. Bałam się że zapytają o indeks, z którym rozstałam się 1,5 roku temu i nie pamiętałam co z nim zrobiłam- czy zdałam go przy obronie, czy może przed lub po niej ??? Czy może porzuciłam go gdzieś rozkosznie. Nie miałam pojęcia co z nim zrobiłam i nikt z moich znajomych też nie pamiętał czy po obronie dostaje się jeszcze indeks do łapki czy już nie. W końcu wszyscy broniliśmy się 1,5 roku temu i mieliśmy prawo zapomnieć jak to wyglądało. Bałam się też że zapytają o legitymację studencką którą zdałam przy obronie (i tego akurat byłam pewna) ale nie wiedziałam czy to jest gdzieś odnotowane. Tak więc poszłam do dziekanatu z duszą na ramieniu. Jak powszechnie wiadomo- w każdym dziekanacie pracują rude małpy więc miałam powody do obaw! Ale wszystko poszło gładko!
Oprócz dyplomu załatwiłam też inną ważną rzecz- zaproszenia ślubne. Przygotowała je moja koleżanka wraz z mężem, obydwoje lubią takie plastyczno- techniczne zajęcia. Mam mieszane uczucia co do tych zaproszeń, ale całość jednak oceniam na plus. Wydaje mi się że cała oprawa graficzna mojego wesela (zaproszenia, koperty, menu, śpiewniki, winietki z nazwiskami, plan stołu, zawieszki z toastami na wódkę itp.) będzie bardzo bardzo fajna. Wspólnym elementem ozdobnym będzie taki śmieszny stempel z maszerującą Parą Młodą za którą biegną małe druhenki, mam zamiar umieścić ten znaczek na wszystkim. Kolega mojego brata pracuje w poligrafii i wydrukuje mi takie fajne plansze, które też ozdobimy tym znaczkiem bo mąż tej koleżanki zeskanował mi ten znaczek. Ładnie będzie!
Na wadze odnotowałam spadek którym już zdążyłam się Wam pochwalić, ale trzeba też przyznać że nie spadł mi ten efekt z nieba. To efekt moich rozsądnych starań, nie głodziłam się. Mocno dietetyczna była środa- pokutowałam za wpierdalanko wtorkowe. W czwartek do południa byłam trochę zalatana, musiałam załatwić obiegówkę ale dzięki pomocy kolegi woziłam dupę samochodem. Jadłam mało, białkowo ale rozsądnie i ciągle coś robiłam więc wyszło OK. W czwartek wieczorem pojechałam do kumpeli która zobaczyła mnie w święta i zmotywowana moim dukanowym sukcesem też zaczęła tę dietę i w ciągu dwóch miesięcy zrzuciła pare kilo. Ona lubi grzebać na różnych forach internetowych i pichci sobie różne dukanowe pyszności, np. naleśniki, ciasta, omlety i nawet dukanowy krem czekoladowy. Mnie też rozpieszczała takim jedzonkiem, ale tak jak napisałam: to są pyszności dukanowe i jak widać po wyniku ważenia nie poszły mi w dupę. Piątek był baaardzo energiczny i aktywny fizycznie, przegalopowałam całe miasto dookoła (a to nie miasteczko, prawdziwe miasto wojewódzkie!). W sobotę raczej marazm, małe szwendanko po centrach handlowych, wieczorem wyskoczyliśmy do knajpy większą paczką. W knajpie trochę zgrzeszyłam: zjadłam smażone kalafiorki w panierce i sałatkę z sosem czosnkowym na majonezie. Nie mam jednak wyrzutów sumienia, nie dajmy się zwariować! Osiągnęłam już tak wiele, że podczas wyjść z przyjaciółmi lub z rodziną nie mam zamiaru świrować. Niedziela znów mało energiczna, ale też dietetyczna więc luzik :) Poniedziałek dietetyczny i aktywny fizycznie (znów przegalopowałam całe miasto i przy okazji przewróciłam się na rozpuszczającym się lodzie i rozwaliłam sobie kolano, podarłam spodnie i prawie zniszczyłam koperty na zaproszenia!). W poniedziałek wieczorem byłam już w domku i siłą rozpędu wtorek i środa były dalej dietetyczne i białkowe. Dodatkowo powera dodał mi wynik ważenia. Od środy popielcowej jestem na białkach, warzywa były tylko w sobotę w knajpie i teraz mam zamiar być głównie na białkach (do połowy marca, kiedy to muszę zatrzymać chudnięcie ze względu na suknię ślubną). Może rytm 5/2? W weekendy warzywa, a w tygodniu ostry Dukan?
No... ja wiem, że do końca lutego miało być 65 kg i to nie jest już raczej możliwe, ale nawyżka przeniesiona na marzec nie będzie duża. Jest OK.
Mam powera do diety, ale jakoś straciłam zapał do a6w (przerwanej na wyjeździe), basenu i nacierania zada balsamami. Zapuszczam się i muszę się z tego otrząsnąć. Nogi muszę wydepilować, na pachy iść do kosmetyczki (mam tam istny busz!), muszę zacząć chodzić na solarium, muszę zaliczyć dentystę (pewnie plombowanie, zdjęcie kamienia, piaskowanie i może jakieś bardziej ekskluzywne wybielanie przed ślubem?). Muszę zamienić okulary na szkła kontaktowe (lubię swoje okulary, ale swoją twarz bez okularów też lubię, ładniej będę wyglądała taka schudnięta i bez okularów no i do sukni ślubnej nie założę okularów, no i otoczenie musi się przyzwyczić do mnie bez okularów). Może przydałoby się jakieś oczyszczanie skóry, bo chociaż cerę mam zdrową to wypadałoby wągry oczyścić, nie? Prawdziwa przemiana Brzyduli Izuli :)
Podczas pobytu w Innym Mieście wyskoczyłam na ubraniowe zakupy. Zaczęło się od tego, że nie wzięłam ze sobą pidżamy, a skończyło się z kupieniu sobie:
1) pidżamy (czarna, obcisła, sportowa H&M, rozmiar M i droga jak cholera, ale nic innego o godz. 22.00 nie znalazałam w centrum handlowym)
2) przecenionej o 80% sportowej krótkiej kureczki z flauszu (czarna w szeroką różową kratkę, C&A, w której czuję się i wyglądam jak nastoletnia siksa, normalnie jak panienka z gimnazjum i uwielbiam to uczucie)
3) szarego wełnianego bolerka z motywem gólarskim ozdobionego wiązaniem z pomponami (C&A)
4) czarnych pantofli z nubuku na niskim obcasie które niezwykle zgrabnie wyglądają na mojej nodze (CCC)
5) duuużo różnego sprzętu kuchennego bo teraz zamierzam pichcić sobie Dukanowe pyszności (czasami)
Spłukałam się do czysta i nie starczy mi żeby zapłacić za obrączki, które już czekają na odbiór :/
Mam tak wiele rzeczy do załatwienia przed ślubem, wszystkie formalności są w czarnej dupie i muszę się za to zabrać. Ksiądz nas straszy że już max za tydzień musimy do niego przyjechać ze wszystkimi papierami, a my nic nie mamy. Ja nie mam nowego dowodu, nie mamy papierów z USC i nie zaliczyliśmy poradni rodzinnej. Zaproszenia mieliśmy rozdawać wcześnie a wyszło jak zwykle. Noclegi dla gości musimy potwierdzić zaraz po świętach wielkanocnych. Muszę iść na prawdziwe próbne czesanie i makijaż. Muszę załatwić dekorację do kościoła i do sali weselnej. Muszę załatwić solarium i dentystę. Muszę się za to zabrać a tymczasem jakoś mi to nie idzie, nie mogę sie spiąć do działania. Aaaa... Dobra, suknię ślubną mam i to jest najważniejsze :)
Aaaa, no i muszę jeszcze odnotować że w pracy dno i wodorosty. Dobrze że chociaż lubię to co robię bo inaczej bym zwariowała. Atmosfera denna, skisiło się wszystko, jeszcze kilka tygodni temu było zupełnie inaczej. Teraz jest dennie, w czym jest też moja wina, chociaż wyrzutów sobie nie robię. Od początku wiedziałam, że przyjaźni między mną i dziewczynami z mojego zespołu nie będzie (należę do ludzi którzy takie rzeczy czują od pierwszego wejrzenia), ale mogło być zwykłe koleżeństwo. A wyszła kaszana.
Eeee... Ja albo kocham albo nienawidzę, taka jestem. Chociaż wiem, że w pracy się tak nie da żyć więc uczę się innego sposobu kontaktowania się z otoczeniem. Chyba nie wychodzi?
Niby jest normalnie, nie myślcie sobie że tam jakieś walki prowadzę. Normalne dni, normalna gadka. Tylko że od kilu tygodni dziewczyny mają swoje rozmowy, swoje tajemnice, swoje wyjścia, swoje sprawy do których mnie nie zapraszają i do których ja się nie garnę bo... mnie te sprawy nie bawią, bo nie potrafię godzinami pierdolić o dupie marynie, bo mam inne spojrzenie na świat, bo pewne zachowania uważam za nie fair, inne za snobistyczne, inne za płytkie lub nudne... bo nikomu nigdy nie kadzę i nie podlizuję się i staram się być szczera, staram się mówić to co myślę, bo lubię złośliwość i ironię ale potrafię też śmiać się z siebie, bo jestem krytyczna wobec siebie i to cenię w kontaktach międzyludzkich. Tego wszystkiego nie ma w kontaktach z dziewczynami z mojego zespołu i dlatego chociaż moja osoba już jakiś czas temu zaczęła odstawać od reszty to nie płaczę z powodu ochłodzenia naszych relacji. Jeszcze kilka tygodni temu wychodziłyśmy co jakiś czas wszystkie razem gdzieś po pracy, dziś moje koleżanki umawiają się beze mnie i mówią o tym przy mnie. One wychodzą razem, mówimy sobie "Cześć - cześć", ja zostaję, kończę swoją pracę i po chwili wychodzę sama. Zaczęło się wprawdzie od tego że to ja kilka razy wykręciłam się od wspólnego wyjścia i zaznaczyłam że w związku z przedślubnymi przygotowaniami mam mało czasu, ale dziwnie się to wszystko rozwinęło. Nie boli mnie to, muszę się tylko przyzwyczaić. Bo wkręcać się na powrót do tego towarzystwa to ja nie mam najmniejszego zamiaru. Dziwnie się czuje, ale to chyba normalne. Żadna załamka. Po prostu ja nigdy nie miałam kłopotu z relacjami międzyludzkimi, zawsze byłam osobą kontaktową i towarzyską. Gdy mieszkałam w akademiku to drzwi mojego pokoju się nie zamykały, byłam duszą towarzystwa. Teraz w moim zespole wychodzę na outsidera i trochę dziwnie się z tym czuję. Na szczęście są jeszcze dziewczyny z sąsiedniego zespołu, o wiele mi bliższe życiowo, światopoglądowo i charakterologicznie. No i spojrzenie na dzierlatki z mojego zespołu też mamy podobne...
Jakoś to będzie. Ja albo kocham albo nienawidzę. Dlatego zawsze najważniejsi byli dla mnie najbliżsi przyjaciele, rodzina i Mój M. Praca to tylko praca.
Dziś użyłam nowej wymówki. Tym razem nie pomyślałam "Już dziś spieprzyłam więc mogę dalej". Nie... Dziś zamawiając w kawiarni szarlotkę na ciepło z lodami i migdałami użyłam wymówki której nauczyła mnie Linka "Coś mi się od życia należy". To samo myślałam idąc do Mc Donald's. I na bierząco sobie w myślach układałam jak Wam to opiszę tu na blogu.
Tak... Należy mi się- 30 kg nadwagi.
Chociaż, jak się tak zastanowię głębiej to ta pierwsza wymówka gdzieś mi się tam z tyłu głowy też pałętała...
Kopnijcie mnie mocno w dupę.
Do przeczytania w poniedziałek, po moim powrcie z wyjazdu. Tym razem się nie zarzekam. Tym razem pozostaje mi nadzieja że po powrocie będę miała dobre wieści... Buziaki :)
Zacznę od tego, że w końcu ruszyły ślubne przygotowania. Okazało się że koleżanka z pracy Mojego M. miała wesele w tym samym miejscu gdzie my będziemy mieli więc mamy informacje i spostrzeżenia z pierwszej ręki. W sobotę wybraliśmy i zamówiliśmy obrączki (Kruk- model Arcadia, który wymarzył sobie Mój M., ja chciałam tylko żeby były proste i z białego złota). Te który On wybrał są troszkę szersze (bo obydwoje nie mamy malutkich rączek). Dostaliśmy 20% zniżki czyli kupimy je o około 280 zł taniej niż wynosi cena katalogowa. Dodatkowo dzięki zakupom w Kruku dostaliśmy też 20% zniżki na koszulę i garnitur z salonu Vistula (te marki należą do tej samej grupy kapitałowej). Poza tym już kilka dni temu umówiłam siebie i Mamę do makijażystki i do fryzjera (na 8 maja, w miasteczku gdzie będzie ślub i wesele), a brat Mojego M. wpłacił tam zaliczkę. Mama zadzwoniła za to do swojej miejscowej fryzjerki i umówiła mnie na dziś na coś w rodzaju próbnego czesania. To może się wydawać bez sensu bo ta miejscowa fryzjerka nie będzie mnie czesać do ślubu, ale chciałyśmy po prostu wypróbować różne upięcia. Chciałam wypróbować upięcie w stylu tego które Alicja Bachleda- Curuś miała podczas rozdania Złotych Globów (włosy odstające od skóry, zaczesane do góry). Tylko tył mi się u niej nie podobał więc zdecydowałam się na coś innego (coś w miarę skromnego i gładkiego). Fajnie wyszło, chociaż musiałam trochę pomarudzić fryzjerce. Jednak chyba jeszcze w okolicy Wielkanocy pojadę do miasteczka Mojego M. i pójdę na takie prawdziwe próbne czesanie do tej fryzjerki która będzie mnie czesać do ślubu. Wracając od fryzjera do domu przeszłyśmy obok galerii handlowej gdzie kupiłam sobie w Triumphie nowy stanik (75 D). O piersi trzeba dbać i ja powinnam już przestać nosić staniki za duże w obwodzie o 10 cm ! ! ! Zaszliśmy też do Kruka bo Mama chciała zobaczyć na które obrączki się zdecydowaliśmy. Skończyło się na tym, że kupiła mi na poczet dodatków ślubnych dwie pary kolczyków i jeden naszyjnik (do wyboru) i mamy na oku jeszcze bransoletkę. Chciałam się jej jakoś odwdzięczyć (bo oprócz biżuterii zafundowała też fryzjera) i zabrałam ją na obiad do restauracji. No i niestety mimo że od niedzieli ładnie sobie radziłam na baaardzo chudym białku to w związku z tą kolacją w restauracji zjadłam warzywa grillowane z kurczakiem i sosem vinaigrette. Aj waj...
No cóż, trudno. Nic strasznego się nie stało. Od takich okazji się nie tyje tylko od codziennego obżerania się. Jutro znów białka. Z tym, że w środę wyjeżdżam na kilka dni do znajomych ze studiów i nie wiem jak mi wyjdzie dalej dieta. Jednak na pewno nie mam zamiaru się obżerać, o nie! Obawiam się tylko że pojawią się jakieś małe wpadki. Na pewno jednak po powrocie będzie reżim białkowy. Na pewno! Będę twarda. Chcę schudnąć jeszcze kilka kg (to minimum), a marzy mi się 55 kg na liczniku. Tylko martwię się bo kilka osób zaczyna mi powtarzać że już więcej nie powinnam chudnąć. Bo to jednak jest dla niektórych szokujące zobaczyć mnie taką. Bo ja na Dukanie schudłam dość szybko. Więc reakcje niektórych ludzi są dość mocne. Mój ojciec jak zobaczył mnie dziś w tym upięciu (które wyszczupla mi buzię) to się autentycznie przestraszył. Fryzjerka też szeptała do Mamy "Niech Ona już więcej nie chudnie"... Koleżanki z pracy patrzą na mnie jak na nastoletnią anorektyczkę gdy nieśmiało przyznaję że chciałabym schudnąć do 55 kg. Tata mówi mi że goście weselni zamiast mnie komplementować to będą w mało przyjemnym szoku. Ja uważam, że mam jeszcze z czego chudnąć... Oj mam! Chociaż faktem jest, że obie pary rurek, które kupiłam kilka tygodni u Orsay (rozmiar 38) mogę już zdjąć bez rozpinania (mimo że na wadze było bez zmian). Sama nie wiem, co się dzieje. Na wadze było bez zmian- pomiędzy 68 i 69 kg. Teraz się nie ważę bo oczywiście nie mam odwagi wejść na wagę po dietetycznych wpadkach, ale pewnie wynik jest mniej więcej taki sam jak był. Szkoda że się nie mierzyłam :/ No bo faktycznie zaczęłam więcej ćwiczyć. Może to a6w przynosi rezultaty? (cały czas ją ćwiczę!). Hmmm ? ? ?
Ja chcę ważyć 65 kg. Już, teraz, zaraz... Niech samo spadnie z tyłka... Plis... Chcę widzieć (na liczniku) że chudnę.
I chcę nowe spodnie.
I spać chcę też.
Dobranoc :)
Wczoraj było dietetycznie wspaniale- aż do wieczora, kiedy to Mój M. zamówił pizze. Po raz pierwszy odkąd mieszkamy z moimi rodzicami. Taki impuls z kosmosu. W Telepizza druga duża pizza była za 5 zł i tak oto pod nasz dach trafiły dwie wielkie pizze. Cała rodzina miała wyżerkę- i ja niestety też (3 kawałki). Do zamówienia był dołączony gratis wafelek Princessa CarmeLove, który też zjadłam. Mówi się trudno, nie było aż tak źle bo tego wieczora przed zjedzeniem pizzy byłam jak zwykle głodna i potem mimo tak dużego posiłku nie byłam wstrętnie przeżarta i nie wzdęło mi brzuszka. Tyle że pojawił się "ciąg" i zaczęło się buszowanie po lodówce. O tyle dobrze, że w lodówce nie było w sumie nic takiego do wchłonięcia.
Ale dziś znów było źle. Do południa było OK, ale znów złamałam się wieczorem. I znów ciąg... Czemu nie mogę skończyć na jednym grzeszku? Czemu pojawia się ta głupia myśl "Dziś już spieprzyłam, więc mogę jeszcze...", "Od jutra". Czemu w ogóle ja mam siłę pakować w siebie tyle żarcia?
Ale cóż, pozbieram się bo zbyt wiele osiągnęłam żeby to spierdolić. Od jutra już reżim i nie spocznę dopóki nie zobaczę na wadze 65 kg. I będzie to jeszcze w lutym. W LUTYM. Dam radę, zobaczycie.
Ale na plus zapiszę że wczoraj wieczorem mimo wszystko zrobiłam a6w. Zrobiłam!
Wszystko będzie OK. Do końca lutego będzie 65 kg, do momentu zdejmowania miary sukni ślubnej- będzie 60 kg. Mój sposób: białko, basen i a6w. Trochę pojadę po bandzie i wiem że nie będzie to szczyt rozsądku i nie będzie to bardzo zdrowe, ale postaram się zrobić to możliwie mądrze lub raczej możliwie najmniej głupio i potem stopniowo wrócę do normalnej diety. Będzie OK.
PS. Falka u Ciebie w ogóle nie mogę dodawać komentarzy, a u Młodej Gospodyni i Karoli graniczy to z cudem :/
Jak mnie waga nagrodziła za wczorajsze powstrzymanie się od pączków (i godzinę pływania)? No jak? Dziś na wadze znów 69,0 kg. Aaaa!!! Od poniedziałku jednak wracam do prawdziwego Dukana.
Pączków - zero. ZERO! Ani trochę mnie do nich nie ciągnęło, chociaż pączki były dziś wszędzie dookoła mnie. I tak przez 8 godz. w pracy, po pracy w sklepie, na ulicy i w domu. Nie ciągnęło mnie do nich, ale szczerze mówiąc miałabym ochotę zjeść pączusia. Świeżutkiego, mięciutkiego, z dżemem truskawkowym. Wiecie o co chodzi? Lubię pączki. Lubiłam świętować Tłusty Czwartek. Mogłabym zjeść dziś pączka i świat by się nie zawalił. Ale postanowiłam że nie zjem dziś pączka i nie zjadłam. I już! Nie cierpiałam z tego powodu katuszy, ale wiem, że za rok gdy nie będę już walczyć z moją tuszą tylko będę szczuplutka i będę miała ustabilizowaną wagę to na pewno będę szamać pączki. To tylko jeden dzień w roku. Kluczowe są pozostałe 364 dni :)
A waga dziś rano pokazała mi 68,5 kg. Ha!
Kilka dni temu, w wielu 25 lat, odkryłam, że mam biodra. Biodra w sensie anatomicznym każdy ma, ale ja od lat żyłam w przekonaniu, że nie mam zaznaczonych bioder i że w związku z tym nie mam też talii. Patrzyłam na siebie w lustrze i widziałam klocek bez zaznaczonej talii. I, o ile dobrze pamiętam (bo to dawno było), wydawało mi się tak nawet w czasach gdy byłam szczuplejsza. Zawsze myślałam że mam tzw. chłopięcą budowę ciała. I kilka dni temu nagle dotarło do mnie że tak nie jest. Ujrzałam, że mam zaznaczone biodra ! ! ! A ponad biodrami rysuje mi się talia. Nie wiem, czy to możliwe że "rozeszłam się w biodrach" w okresie znacznego roztycia? A może po prostu kiedyś wbiłam sobie do głowy, że nie mam bioder bo gdy tyję tłuszcz zbiera mi się na brzuchu (tzn. jestem tzw. "jabłkiem"). Może kiedyś wbiłam sobie to głowy że jestem bez- biodrowym- potworem bo przez całe studia mieszkałam z koleżanką o typie figury "gruszka" i w porównaniu z jej wyraźnie zaznaczoną talią (powyżej wielkiego dupska) moja talia wygląda jakby jej faktycznie nie było? Sama nie wiem, jak to się stało, że wydawałam się sobie klockiem bez talii i bioder. Chyba po prostu faktycznie ich (tzn. bioder i talii) nie miałam ważąc prawie 100 kg. Ale teraz są! I ja je uwiebliam! Obejmuję się rękoma w talii, kładę dłonie na biodrach i cieszę się tym nowym szczegółem mojej budowy anatomicznej. Ahhh... Moja odzyskana kobiecość... Nie należę to tych nastoletnich anorektyczek które nie znoszą swoich kobiecych kształtów. Nie jestem też "gruszką", która od lat walczy z obfitymi biodrami i udami i która w związku z tym nie potrafi się cieszyć tą kobiecą budową. Ja swoje biodra odzyskałam po latach i mam zamiar je hołubić :)
Ojciec mi mówi, że nóżki mi się zrobiły jak patyczki a buzia jak łyżeczka (cokolwiek to znaczy). Koleżanka z pracy mi mówi codziennie, że z każdym dniem jest mnie mniej. Komplementuje mnie codziennie :) Miłe...
Miłe to jest tymbardziej, że na wadze zastój. Zastój !!! Wprawdzie waga już raczej trwale spadła poniżej 70 kg- siódemki nie widziałam już od kilku dni. Ale poniżej 69 kg spaść nie chce. Dziś było 69,1 kg ale jutro chyba będzie więcej bo dziś zjadłam sporo. Wprawdzie posiłki były bezwęglowodanowe ale spore. No i dziś nie pływałam tylko idę na zajęcia taneczne, na których nie spalę tyle co na basenie.
Szkoda że się nie mierzę w obwodach bo zastój wagi może być spowodowany dość intensywną aktywnością fizyczną. Przez ostatnie 2 tygodnie na basen chodziłam prawie codziennie (1 godz.), więc wagowo może być kiepsko, ale może wzmacniam mięśnie i chudnę w obwodach? W dni kiedy nie było basenu był rowerek stacjonarny (min. 45 min). Zauważyłam że nawet ostatnio kupione ubrania powolutku robią się troszkę luźne, ale to może być tylko autosugestia. Może się tylko rozciągnęły? Szkoda że się nie mierzę w obwodach, ale nie mam do tego cierpliwości. Musi mi wystarczyć moja nowa waga, która mam nadzieję pokaże mi niedługo 68- przecinek- cokolwiek :) No i w drugim tygodniu marca w salonie sukien ślubnych zmierzą mnie drugi raz więc zobaczymy ile centymetrów mi spadnie.
Zastój wagi może być też spowodowany tym, że mojej diety nie można już raczej nazwać dietą Dukana. Wprawdzie jest raczej bezwęglowodanowo, raczej zdrowo, często a mało, nie jem chleba ani innych produktów mącznych i skrobiowych... ale... Dukan to nie jest. Dni białkowe i białkowo- warzywne przeplatają się według mojego widzi-mi-się i zdaża mi się jeść produkty zakazane. W weekend rodzice usmażyli milion kotletów mielonych (z bułką, smażone i w panierce) i też je zjadłam (2 w sobotę, 3 w niedzielę i 2 w poniedziałek). Odkryłam też urok gotowania na parze i w niedzielę zjadłam około 100 kg gotowanej na parze marchewki, która nie powinna raczej znaleźć się w menu według diety Dukana. Ale wcale się martwię tym zastojem. Najważniejsze jest to, że nie ciągnie mnie do słodyczy ani do chleba i innych produktów mącznych i skrobiowych. Wchodząc do sklepu mam ochotę na... mięso (np. kiełbaskę lub paróweczki cielęce- czyli też rzeczy zakazane w diecie Dukana). Mam grupę krwi 0 Rh + więc to pasuje (słyszałyście pewnie o diecie grupy krwi).
Nie jest wcale źle. Daję sobie czas do poniedziałku 15 lutego. Jeśli to tego czasu nie schudnę do 67-przecinek- cokolwiek to wrócę do prawdziwego Dukana i dalej będę ćwiczyć. Jeśli schudę do tej wagi to zostanę tylko przy pseudo- Dukanie i intensywnych ćwiczeniach. Od dziś zaczynam też "aerobową szóstkę weidera". Poza tym ja od samego początku naginałam sobie Dukana i przyznawałam się do tego bez wstydu, a efekty jak widać mam. Tak więc- zobaczymy. Jak zejdę do tej wagi to zostanę przy moim nowym sposobie odżywiania, jak nie zejdę do tej wagi to bez bólu wrócę do prawdziwego Dukana.
Wczoraj był 8 luty. To znaczy, że do mojego ślubu zostało 3 miesiące (bez jednego dnia). Aaaa ! ! !
Ooo... miało być o biodrach... o tym jednak później.... Buziaki, spadam na tańce- dance- dance :)
Zamówiłam suknię. To model Liberty z kolekcji Mystic. Można go sobie obejrzeć na stronie warszawskiego salonu sukien ślubnych "Agora" (zakładka "kolekcje", link do salonu "Agora", kolekcja Mystic; te trzy górne zdjęcia to właśnie model Liberty).
Jednak zrezygnowałam z szycia sukni w pracowni. Za namową kasigrubasi poszukałam sukni w salonach z polskimi kolekcjami (dzięki Kasiu!). Wiedziałam już czego szukać: sukni w typie małej literki "A" z obniżonym stanem i z ukośnymi zakładkami na brzuchu. Przymierzyłam w poniedziałek kilka takich sukni z polskich kolekcji i łącznie na trzy z nich mogłabym się zdecydować, ale gdy założyłam Liberty to poczułam, że to jest moja suknia. Na brzuchu oprócz ukośnych zakładek są jeszcze dwie wyszywane aplikacje, które generalnie mogłyby się wydawać nie w moim stylu, ale dzięki nim ta suknia jeszcze bardziej mnie wyszczupla i wszystko razem robi świetne wrażenie. Gdy ją założyłam to poczułam "to coś". Gdy odwróciłam się przodem i ekspedientka odsunęła zasłonę to uśmiech który pojawił się na twarzy Mojej Mamy potwierdził moją opinię :) W salonie była w tym czasie jeszcze jedna przyszła Panna Młoda ze swoją mamą. Akurat wychodziły i przechodziły obok mnie. Stanęły i przyglądały mi się przez chwilę. Tamta kobieta pociągnęła swoją córkę za rękę i zapytała: "A Ty byś nie chciała tej sukni przymierzyć?". Było mi przyjemnie :)
Suknia zostanie uszyta na mój wymiar. Zmierzono mnie dokładnie, łącznie z rozstawem cycków. Ale na razie tylko ją wykroją. Ostrzegłam, że chciałabym jeszcze schudnąć, więc w połowie marca wezmą ze mnie drugą miarę. Mam więc 6 tygodni żeby jeszcze trochę schudnąć. Dam radę.
Gdy powiedziałam właścicielce salonu że, chciałabym schudnąć to na początku była sceptyczna. Ale gdy wytłumaczyłam jej, że rok temu byłam grubsza o 20 kg to krzyknęła: "Nie wypuszczę Pani dopóki się nie dowiem jak to Pani zrobiła". Gdy wczoraj przyszłam do tego salonu podjąć ostateczną decyzję, podpisać umowę i wpłacić zadatek to okazało się że ta kobieta zdążyła już sobie kupić wszystkie trzy książki Dukana i cały personel salonu zaczyna dietę białkową. Gdy zdejmowała miarę to okazało się że mamy taki sam obwód tyłka (ale ona jest niższa). Umówiłyśmy się że w marcu podczas następnego mierzenia sprawdzimy która z nas zrzuciła więcej centymetrów :)
Miałam jeszcze trochę rozterek co do koloru (biały czy ecru), ale ostatecznie stanęło na bieli (marzenie Moich Rodziców i Mojego M.). Ja byłam nie zdecydowana, więc pozwoliłam im wpłynąć na moją decyzję. Będzie biel, jak przystało na prawdziwą dziewicę :)
Teraz mam tylko takie mini obawy, czy ta suknia uszyta na mój wymiar będzie taka super jak mi się teraz wydaje. Bo wiecie... Suknia którą mierzyłam była trochę za mała. Na szczęście była sznurowana a nie zasuwana na suwak więc łatwo było ją przymierzyć. Mierzenie sukni zapinanej na suwak to pomyłka. Sznurowanie zawsze można jakoś zapiąć i można ocenić swój wygląd. A w sukni na suwak? Nie ma na to szans. No więc- ta suknia którą mierzyłam była trochę za mała co jednak sprawiało że wyglądałam szałowo: biust miałam w niej wyjątkowo wyeksponowany, stan był nisko. Obawiam się że gdy przymierzę egzemplarz szyty na mnie to mogę się rozczarować. Z drugiej strony- nie ma co się bać na zapas. Gdy przyślą moją suknię (w kwietniu) to potem na miejscu w salonie krawcowa zrobi jeszcze poprawki. Zwężenie sukni w biodrach lub minimalne pogłębienie dekoldu nie powinno stanowić problemu. Będzie OK.
Czyli mam już: zamówioną ładną salę i noclegi dla gości, zamówionego fotografa, kamerzystę i wymarzony zespół, zamówiony termin w kościele, zamówioną suknię, welon, bolerko i podwiązkę, przygotowaną listę gości (165 osób), umówionego wójka z Mercedesem, wybranych świadków, zaliczone nauki przedmałżeńskie, umówioną koleżanką która zrobi zaproszenia i inne papierowe elementy, wybrany model zaproszeń i wzór przewodni, wybraną firmę do dekoracji sali i kościoła.
Ufff... Czyli najważniejsze już chyba z bańki.
Teraz zostało:
- załatwić formalności w USC i w kościele (bo mam kłopot z dowodem osobistym- mianowicie od dwóch lat posługiwałam się nie ważnym dowodem i teraz muszę wyrobić nowy dowód przed ślubem i potem drugi raz po ślubie)
- ułożyć treść zaproszeń
- kupić obrączki
- zamówić kwiaciarnię (bukiet i inne potrzebne żywe kwiaty)
- zamówić ozdoby na samochód
- wybrać i zamówić buty
- zamówić fryzjerkę i zdecydować się na fryzurę
- zamówić makijażystkę
- wybrać wódkę i wina i zamówić
- wybrać menu
- rozdać / rozesłać zaproszenia
- wybrać gry i zabawy weselne
- spotkać się z kamerzystą, fotografem i zespołem i omówić nasze preferencje
- zamówić tort i ciasta
- zaliczyć wieczór panieński
UPDATE:
Zostało jeszcze:
- wybrać i zamówić gifty dla gości
- zaliczyć poradnię rodzinną
Jakieś podpowiedzi?
Przez ostatnie dni byłam grzeczna: do pracy maszerowałam piechotą przez śniegi, po pracy coraz częściej chodziłam na basen (1 godz. pływania), pedałowałam na rowerku stacjonarnym, machałam ciężarkiem, trzymałam dietę Dukana - a waga nie chciała spaść poniżej 70,2 kg. W związku z tym wczoraj się nawpieprzałam. Nie pomogło :)
Wiem że waga podskoczyła bo zaczęłam w końcu wzmacniać mięśnie, wiem to... Ale wkurwiona jestem ! ! !
Plan: dziś post (za wczoraj); od jutra restrykcyjny Dukan; i nadal aktywność fizyczna. BĘDZIE DOBRZE !
PS. Zamówiłam suknię ale o tym później :)
Buziaki :)
Miało być tak pięknie... a wyszło jak zwykle... Dziś rano na wadze ponad 70 kg. Czemu? Wczoraj było dietetycznie ale mało energicznie (żadnych ćwiczeń). Dziś było bardziej dietetycznie plus 1 godz. basenu. Przed chwilą waga pokazała 71 kg. Jutro rano oficjalne ważenie i zamknięcie stycznia i już się boję że nie zobaczę < 70 kg. Zła...
Tak czy srak- do końca lutego ma być 65 kg.
Najpierw miałam zamiar uczcić jakąś obszerną notką zejście poniżej 75 kg. Był to wynik wyjątkowy bo taką wagę miałam ostatnio... baaardzo dawno- zanim zaczęłam tyć po pierwszym wyjeździe do USA.
Ale nie uczciłam tego wyniku bo przed Bożym Narodzeniem było jeszcze 75,5 kg a po powrocie z urlopu- już 73 kg.
Czyli nie było sensu świętować 75 kg bo 73 kg oznaczało zejście poniżej nadwagi- tzn. wejście w przedział wagi prawidłowej dla mojego wzrostu.
Ale jakoś zapomniałam o uczczeniu 73 kg.
Poza tym zaraz udało mi się zejść poniżej 72,5 kg. Oznaczało to, że od początku odchudzania, czyli od końca lutego 2009 r. schudłam 20 kg.
Ale jakoś tak się stało że nie napisałam wtedy żadnej świątecznej notki... Za to Monti w komentarzach zwróciła na to uwagę.
No a teraz- zeszłam poniżej 70 kg. Mam "6" z przodu. Tak niską wagę miałam ostatnio na II roku studiów. I mało brakowało a też bym to przegapiła! Więc teraz uwaga: świętujemy!
Wszyscy wstają i biją brawo, robimy falę, szampan, toast. I starczy.
A poza tym świętowaniem- nic nowego :/ Małe zmartwienie z powodu sukni ślubnej, zmartwienie z powodu kwaśnej atmosfery w pracy, zmartwienie z powodu rozterek zawodowych, zmartwienie z powodu tego że Mojej Mamie grozi zwolnienie z pracy, dobijająca świadomość że będę młodą mężatką mieszkającą z rodzicami :( Tylko Mój M. sprawia że się jeszcze uśmiecham.
Co dziwne- w tych nerwach nie jem. Nie mam napadów, nie ciągnie mnie do słodyczy. Czekolada przestała mi się wydawać lekiem na całe zło tego świata. Chociaż wpierdalanko na wyjściu integracyjnym i wpierdalanko w Sylwestra i przez następne 3 dni świadczy o tym, że nie pozbyłam się wszystkich problemów z jedzeniem. Dobrze opisała to Falka w swojej ostatniej notce... Ahhh... Boję się że jedzenie będzie moim problemem już do końca życia...
Najbardziej dobija mnie ta sytuacja w pracy. Opiszę Wam kiedyś dokładniej o co chodzi...
Napisałam już że nie jem... Nerwy rozładowuję inaczej. Dziś Moja Mama kupiła sobie kwiatek w doniczce. Wracałyśmy ze sklepu i kwiatek niosłam ja. Mama mnie czyś mało istotnym zirytowała i... pieprznęłam kwiatkiem o ziemię... W ułamku sekundy. Sama siebie przerażam...
Dobranoc :*